jak powstał wiatr

Olena Leonenko i Janusz Głowacki

Dawno, dawno temu, na najwyższej górze Świata, na samym jej szczycie (może w Andach, a może jednak w Himalajach), w gnieździe Króla Orłów przyszły na Świat trzy pisklęta. Pierwsze było bardzo grzeczne, drugie grzeczne, trzecie miało na imię Darel i od początku były z nim problemy. Ledwo porosło w pierze, ledwo rozprostowało skrzydełka i otworzyło dziób, powiedziało, patrząc pogardliwie na braciszków:


– Niby jak ja mam wyrosnąć na prawdziwego orła w towarzystwie tych dwóch indyków?
Braciszkowie się rozpłakali i śmiertelnie obrazili. Król-Ojciec wpadł w furię, stracił głowę i zaczął krążyć nad gniazdem, sycząc:


– Jeżeli jeszcze raz twój niewyparzony dziób chlapnie coś równie głupiego, to…
Urwał. Bo w tym momencie gniazdo, góry i cały Świat przykryła czarna chmura
w kształcie ogromnej ropuchy. Przeraźliwy chłód przeszył serca wszystkich żywych stworzeń, a matki na całym świecie otoczyły ramionami, skrzydłami i ciepłymi łapami swoje dzieci. Bo poczuły, że stało się coś bardzo złego.
A wszystko to działo się w czasach, kiedy Światem rządziło dwóch Czarodziejów. Dobry i Zły. Na pierwszy rzut oka trudno ich było od siebie odróżnić. Obaj mieli długie białe włosy, długie białe brody i długie białe szaty.
Ale kiedy śmiał się Czarodziej Dobry – zakwitały kwiaty, niebieściło się niebo,
spełniały się marzenia, a serca wszystkich mieszkańców ziemi stawały się lekkie
jak piórka.


Zupełnie inaczej wyglądała sytuacja, kiedy śmiał się Czarodziej Zły. Na niebie
gromadziły się czarne chmury i wszystkie serca zamierały ze strachu. A dobrze
wiemy, że tam, gdzie jest strach – jest tylko strach.


Właśnie wtedy Czarodziej Dobry nagle osłabł. Zamknął oczy i leżał w swoim obserwatorium, dygocząc raz z zimna, raz z gorąca. I stało się to, czego się wszyscy od dawna obawiali. Zachwiała się równowaga między światłem i ciemnością, między dobrem i złem. Czarna chmura w kształcie ropuchy zaczęła rosnąć, pęcznieć, rozpychać się, przygniatając brzuchem ziemię, a łapami sięgając nieba.

 

Trzecie, najmłodsze pisklątko – czyli nasz Darel – przeraziło się, że to jest wszystko kara za jego bezczelność. I żeby jakoś załagodzić sytuację oraz przeprosić – wychyliło główkę spod skrzydeł matki. Nagle zajęczała i zatrzęsła się ziemia. A pisklę zachwiało się i, jak kamień, runęło w ciemność. Ojciec-Orzeł rzucił się za nim. Na próżno. Nawet orle oko było bezradne w strasznych, gęstych ciemnościach. Cała rodzina załamała skrzydła, zaczęła wyrywać sobie piórka z głowy i pogrążyła się w żałobie.

 

Tymczasem nasze pisklę spadało, spadało, spadało. Spadało cały dzień, cała noc, jeszcze jeden dzień i jeszcze jedną noc – tak mu się w każdym razie wydawało. I tak oto spadając, zapadło w sen. A sen ogarnął je i przytulił. Najpierw przyśniła się Darelowi kochająca matka, potem rozgniewany ojciec, jeszcze później obrażeni braciszkowie. Aż nagle, pod sam koniec snu, pojawił się strumień światła. Pisklę usłyszało głos:
– Starczy tego spadania. Nadszedł twój czas. Jesteś już dość silny, żeby pokonać strach i zrobić coś dobrego dla ziemi.
– Ja? – zdziwiło się pisklę. – Ja w swoim krótkim życiu jeszcze nic dobrego nie zrobiłem. Sprawiałem same kłopoty.
– Zapomnij o tym. Przeszłość jest tylko przeszłością. Teraz masz przebić się
przez ciemność, wzlecieć wysoko ponad nią i obudzić Dobrego Czarodzieja.
– Ale jak? Czy ja w ogóle potrafię?
– Jeżeli nie spróbujesz, nigdy się nie dowiesz.
– Ale jestem przecież tylko bardzo małym pisklęciem…
– Czas w ciemności mierzy się inną miarą. Spadałeś przez wiele miesięcy. Jesteś już dorosłym orłem. Rozwiń skrzydła i walcz. A żebyś na zawsze zapamiętał moje słowa, dotknę palcem twojego czoła.
– Kim jesteś? – zapytał Darel.
– Ty już przecież wiesz.
Darel otworzył oczy. Dookoła panowała ciemność.
– No dobrze – pomyślał – albo ona, albo ja!
Najpierw wyprostował lewe skrzydło, potem prawe. Złapał równowagę i na moment zawisł w samym środku ciemności. Potem wziął głęboki oddech i ruszył w stronę ledwo dostrzegalnego światła. Jego skrzydła z szybkością błyskawicy rozcięły ciemność. Chmura wściekle zawyła. Potem przybrała postać matki i ciepłym głosem przemówiła:
– Nie opuszczaj mnie, synku, nikt cię nie będzie tak kochać jak ja…
A kiedy i to nie podziałało, wysunęła długi lepki język, próbując spętać mu
skrzydła. Za późno. Darel już kołysał się wysoko nad chmurą. I właśnie wtedy wydał okrzyk zwycięstwa. Tak potężny, że aż zadrżały szyby w oknach Dobrego Czarodzieja.
– Co się dzieje, co się dzieje, co się dzieje? Czy ja stoję, czy ja siedzę, czy ja leżę?
– A niech to! O mały włos nie zaspałem – wykrzyknął Dobry Czarodziej, strząsając z siebie resztki choroby.
Spojrzał w okno i złapał się za głowę.
– Tego tylko brakowało! Mój drogi przyjaciel Zły Czarodziej posunął się trochę
za daleko. Cóż, kawę wypiję później. Do roboty!


Na moment zamknął oczy. Potem je otworzył i wbił spojrzenie prosto w twarz czarnej chmury. Ropucha otworzyła paszczę, szykując się do ataku. Ale oto w jej czarnym brzuchu zapłonął ogień. Najpierw malutki, jak błysk zapałki, potem większy i większy, aż nastąpiła eksplozja. I nagle chmura rozpadła się na tysiące płonących kawałków, które zaczęły opadać wciąż niżej i niżej, aż zupełnie wchłonął je błękit. Wtedy z jaskiń, pieczar i gniazd zaczęły pomału wysuwać dzioby wystraszone orły.

 

Najpierw rozejrzały się dookoła, potem zadarły głowy do góry i zobaczyły wysoko w niebie – tak wysoko jak jeszcze nigdy nie wzbił się żaden ptak – przepięknego orła. A kiedy ten zatoczył ogromne koło i zaczął się zniżać i zniżać, rodzice i braciszkowie rozpoznali w nim niepokorne pisklę, ale jakże cudownie przemienione.
– Gdzie byłeś, synku, zamartwialiśmy się wszyscy o ciebie – powiedziała, płacząc ze szczęścia, matka.
Wtedy Darel zaczął opowiadać. Opowiadał, opowiadał, opowiadał… A dookoła
gromadziło się coraz więcej i więcej orłów. Niektóre słuchały go z podziwem, inne z niedowierzaniem. Ale wtedy Darel pokazał im tajemniczy znak – biała plamkę na czole, jakiej jeszcze nigdy nie miał żaden orzeł, ani przedtem, ani potem. Opowiadał, opowiadał, opowiadał… A kiedy wreszcie doszedł do końca, wszystkie orły
– i te, które wierzyły, i te, które nie wierzyły, i te, które siedziały blisko, i te,
które siedziały daleko – z ogromnej radości zaczęły skrzydłami bić brawo. Brawo! Brawo! Brawo!
I właśnie tak, drogie dzieci, powstał wiatr.

© Olena Leonenko 2014

Wszystkie kompozycje na stronie autorstwa Oleny Leonenko