dusza czy duszaaa, czyli podwórko-świat

Urodziłam się na Ukrainie, w Kijowie, ale tak naprawdę pochodzę z podwórka-studni przy ulicy Michajłowskaja 24. W dniu urodzin za plecami miałam plac Rewolucji Październikowej, teraz Majdan Niezależności, czyli Niepodległości; przed sobą – pomnik Bohdana Chmielnickiego, oczywiście na koniu; po lewej – sobór św. Zofii („zofia” znaczy mądrość; świątynię zbudowano za czasów Jarosława Mądrego, około 1037 roku; jest to zabytek klasy zero, wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO); a po prawej – duży szary budynek Centralnego Komitetu Komsomatu Ukrainy (dziś Ministerstwo Spraw Zagranicznych).

Jako Rosjanka jestem patetyczna (mam to po ojcu Rosjaninie).

 

Jako Ukrainka bardzo się tego wstydzę (wstyd mam po matce Ukraince).

 

Jako od pewnego czasu Polka – próbuję złapać do tego dystans.

 

Dystans!

 

To słowo istniało dla mnie tylko w sensie terytorialnym, geograficznym itd. Dopiero w Polsce zaczęło nabierać nowych, nieoczekiwanych i ważnych znaczeń.

 

Wracając do dystansu po ukraińsku -w mojej kamienicy ludzie żyli bardzo blisko siebie. Głośno, tłocznie i czujnie. Wszyscy uważnie przyglądali się sobie nawzajem, ściany miały uszy, a termin „prywatność” nie istniał w naszym podwórkowym słowniku. Za to trwała bezwzględna walka o sznur do suszenia bielizny. Oczywiście bieliznę sąsiadów znało się na pamięć. Każdą plamę, cerę i łatę.

 

Dystans po polsku zaczęłam ćwiczyć już na przejściu granicznym w Brześciu, wiosną 1990 roku. To był mój pierwszy wyskok z „obozu”. Pociąg zatrzymał się i umarł. Zgasło światło. Odebrano nam dokumenty, a bez dokumentów w Związku Radzieckim, nawet w czasach „pierestrojki” tego nikomu nie życzę. Długi cień gułagu.

 

W moim przedziale zapanował strach... Ktoś się modlił, ktoś zawijał wódkę w dziecięce ubranka, ktoś chował pierścionki we włosach, zegarki w majtkach, a papierosy w biustonoszach. Pociąg przestawiano na inne tory – „europejskie”. Więc wagony ruszyły ku górze i zaczęliśmy lewitować. Była druga w nocy. Dla dodania sobie odwagi pociągnęłam łyk samogonu z butelki – made by my father – przeznaczonego na prezent i zaczęłam odmawiać piosenkę, którą moja mama zawsze śpiewała, kiedy była przerażona. Lelum Polelum. Znam tę pieśń od czwartego roku życia, czyli od czasu, kiedy nauczyłam się, co to strach.

 

Myślałam, że jadę na miesiąc, a wyszło wiele lat. Strach, rzecz jasna, zabrałam ze sobą, zawinęłam go w długą kolorową spódnicę, którą specjalnie uszyłam na drogę, wcisnęłam między dwa czarne T-shirty z krótkim rękawem, kurtkę i kilka książek: ldiotę Dostojewskiego, Medytacje dynamiczne Osho, „Zbiór wybranych opowiadań Czechowa, Martwe dusze Gogola. No i bajki, wierzenia, rytuały wschodnich Słowian, które udało mi się wydostać z niedostępnych archiwów w Kijowie. Wiozłam też skrzypce ręcznej roboty, teksty i nuty kilkuset unikalnych pieśni ukraińskich.

 

Za sobą zostawiłam szkołę baletową, szkołę muzyczną, pantomimę, ucieczkę z domu do cyrku (marzyłam o tym, żeby zostać klownem, a przydzielono mi numer „kobieta guma”). Z cyrku do teatru, no i pierwszą, nieudaną próbę miłości z długonogim malarzem Kostią, który palił dwie paczki Biełomorów dziennie i nosił welwetowe spodnie w kolorze nieba... Kostia twierdził, że jest z pochodzenia Polakiem i był z tego bardzo dumny.

 

Ponieważ odwagi mi nie przybywało, pociągnęłam jeszcze kilka łyków „prezentu” i, nie bardzo wiedząc kiedy, zamieniłam się w emigrantkę, czyli displaced person. A im bardziej byłam displaced, tym bardziej hałaśliwe stawało się podwórko przy ulicy Michajłowskaja 24. Podwórko-studnia, na którym się wszystko zaczęło...

 

Pięciopiętrowa kamienica, w stylu neoklasycystycznym, odrobinę zniszczona przez wojnę i czas. Mieszkali w niej Rosjanie, Ukraińcy, Gruzini, Ormianie, rodziny mieszane, Żydzi, antysemici, kilka psów i dużo kotów. Jedni truli psy, inni koty. Z okien mieszkań płynęła muzyka. Pieśni. Różne. Na przykład: Nese Gala wadu, Oj moroz – moroz, Oj czyjeż to żyto, Tiomnaja noc, Serce, Lekko jest na sercu od pieśni wesołej albo List do przyjaciół Bułata Okudżawy: „Mówmy sobie nawzajem komplementy, rozpieszczajmy się, przecież życie jest takie krótkie”.

 

Mój ojciec najbardziej kochał piosenki, tzw. „blatnyje”, a bezwzględnym mistrzem dla niego był Włodzimierz Wysocki. Codziennie wynosił na balkon wielki magnetofon szpulowy, nastawiał go na pełny regulator i ogłuszał całe podwórko słowami Wysockiego „tak to się jakoś porobiło, chłopaki, że teraz ani w cerkwi, ani w knajpie nie znajdziesz już Boga”.

 

Sąsiedzi protestowali, ale ojca się bali, milicji na tatę się nie skarżyli, bo jej bali się jeszcze bardziej. Ojciec jedną ręką podnosił sto kilogramów, też bardzo dobrze wiedział, co to strach. Lekcje życia brał w poprawczaku, gdzie dostał ksywkę „Figa”. Figa stała się jego życiowym drogowskazem. Pokazywał ją całemu światu – „tyle od was dostałem, tyle wam daję”. Na obu udach własno ręcznie wydzierga ł sobie tatuaże. Na lewym, od strony serca: „Nie zapomnę matki rodzonej”, na prawym, ozdobiony grobowym wieńcem: „Nie mam szczęścia od dzieciństwa”.

 

Oba z błędami ortograficznymi.

 

Miesiąc temu, opiekując się moim teraz już ciężko chorym ojcem, odkryłam jeszcze jeden zamaskowany tatuaż. Ukrywał go przed wszystkimi prócz żony: „Nigdy nie zapomnę zamordowanego przez Stalina ojca”.

 

Piętro nad nami mieszkał losif Rówimowicz Joffe. Dentysta. Jego piękna żona Nina, była o głowę wyższa od męża, poza tym urodziła mu cztery córki i uczyła śpiewu . Pochodzili z Odessy. Od dziesięciu lat nieustannie powtarzali, że w Kijowie są tylko przejazdem, że za chwilę, no najpóźniej – za rok, wrócą do Odessy! Wieczorami brali się za ręce i tańczyli „Szkołę Salomona, szkołę tańców balowych”. O miłości córki pana Joffe śpiewały wyłącznie w jidysz. Pamiętam jedną z piosenek, której nauczyła mnie Tatiana, najstarsza córka Joffów – Papir is dokh vais. To opowieść o młodzieńcu, który pisze list do swojej ukochanej: „Moja jedyna, ten papier jest nie dość biały, żeby opisać biel Twojej skóry. Ten atrament, nie jest dość czarny, żeby opisać czerń Twoich pięknych włosów. A moja miłość do Ciebie jest wieczna. A nasze życie i nasza śmierć, spoczywają tylko w rękach Boga”.

 

Piętro pod nami mieszkali Gruzini. Oczywiście prócz znanej na całym świecie ulubionej piosenki Stalina Suliko śpiewali też Tbiliso i Czita drita, czita margarita z filmu Kin-dza-dza, a także inne piosenki z filmów reżysera Georgia Danelii.

 

Z okna naprzeciwko, Lusine, Ormianka, średnia córka państwa Petrosyan, próbowała zagłuszyć Wysockiego, śpiewając głośno Jerevan dartsac im Erebuni.

 

Emigracja...

 

Dopiero kiedy znalazłam się w Polsce na dobre i zostałam oficjalną emigrantką, zaczęłam się zastanawiać, czy nasi sąsiedzi przypadkiem też nie byli emigrantami? Czy czul i się na naszym podwórku obcy? Przeniesieni w inny język, inną kulturę, wymieszani i rozpuszczeni w kombinacji prawosławia, stalinizmu i ukraińskości , która w Związku Radzieckim wcale nie była dobrze widziana.

 

Kiedy miałam pięć lat, ciocia Wiera – siostra mamy, ze wsi Nowosełytsja (Winnicka obłaść, Żmeryńskij rajon), przywiozła mi w prezencie małą szarą książeczkę: Zbiór ludowych pieśni ukraińskich. Ojciec wyrwał mi ją z rąk, krzycząc: „Dawaj etu gadość! ”,czyli „Dawaj to paskudztwo !”. l wyrzucił...
Potem długo szukałam jej w śmietniku . Mam tę książeczkę do dziś. Wtedy właśnie dowiedziałam się, że w Związku Radzieckim, w Kijowie, język ukraiński jest nie całkiem legalny i zrozumiałam, dlaczego mama gotując, zawsze tak cichutko śpiewała „Bożesz że mój Boże! cóż ja narobiłam…”

 

Jaki ś czas temu w kinie Kultura na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie, zobaczyłam na ekranie sąsiada – pana Joffe. To był film o żydowskiej emigracji i rozpaczliwej tęsknocie za Odessą . Film dokumentalny. Nazywał się Odessa, Odessa. Pan Joffe siedział na ławeczce i patrzył na ocean. Był sam. Bardzo się postarzał. To było w Nowym Jorku, na Brooklynie, w dzielnicy, którą wszyscy nazywają „Małą Odessą”.

 

Dopiero w Warszawie zaczęłam czytać eseje i wiersze Josifa Brodskiego, poety, noblisty, wyrzuconego ze Związku Radzieckiego. Dowiedziałam się też, że jego ulubionym poetą był Wystan Hugh Auden, który napisał, że: „kiedy się raz zacznie uciekać, to potem już nie ma ucieczki od ucieczki”.

 

Uciekałam wiele razy. Nie ma już przy mnie rodziców, pana Joffe, Ormian, Gruzinów i Ukraińców. Są Polacy, z którymi próbujemy zasypać i zapomnieć przeklęte dziedzictwo, otrzymane w prezencie od historii. Nie wiem, czy na zawsze zostanę w Polsce. Historia ciągle sobie z nas wszystkich żartuje.

 

W Polsce mówi się „dusza”, na Ukrainie „duszaaa”. To robi ogromną róż nicę.

 

Kiedy raz na miesiąc płacę rachunki za mieszkanie, telefon, gaz i elektryczność z reguły robię też rachunek życiowych zysków i strat, zwycięstw i upokorzeń. Po stronie upokorzeń wyskakują mi filmowe propozycje zagrania niemal wyłącznie ról prostytutek i sprzątaczek (ach, czemu nie Soni ze Zbrodni i kary). Po stronie zysków uzupełnienie „duszeszczipatelnej” ukraińskości polskim dystansem, ironią i autoironią. Miałam znakomitych nauczycieli – Gustawa Holoubka, Kazimierza Kutza, Janusza Głowackiego.

 

Kilkanaście lat temu zobaczyłam w Petersburgu w Teatrze Leninowskiego Komsomołu sztukę Kopciuch Głowackiego. Tragiczną i ironiczną, okrutną i boleśnie śmieszną . Kiedy Agnieszka Glińska zaproponowała mi skomponowanie muzyki do Czwartej siostry Głowackiego we Wrocławiu, byłam szczęśliwa.

 

A spotkanie z Gustawem Holoubkiem zmieniło całkowicie moje życie. Chciał, żebym grała w Teatrze Ateneum, patronował kilku spektaklom: Noc z Wertyńskim, Podwórko- świat, Jesienin. Tymi spektaklami próbowałam budować mosty, zamiast je burzyć. Łączyć to, co najlepsze we wrażliwości ukraiński ej i rosyjskiej – z polską. Po premierze spektaklu Podwórko-świat, którego akcja rozgrywa się na ulicy Michajłowskaja w Kijowie, Gustaw Holoubek powiedział: „ Mam nadzieję, Olenko, że dobrze się czujesz w swoim nowym domu. Bo przecież teatr jest Twoim domem”.

© Olena Leonenko 2014

Wszystkie kompozycje na stronie autorstwa Oleny Leonenko